Podziemne Wydawnictwo ,,Kwadrat" - ,,Solidarność" Toruń 


 

Jakub Stein

 

Ich troje w monitoringu

 

(w tym o dwóch takich, co donosili na Ochojską)

 

 

 

prolog

(„Spisane będą czyny i rozmowy”)

 

 

sytuacja „przedpowstaniowa”

 

W dniu 31 lipca 1987 r. (dzień i miesiąc są pewne, rok – co być może dziwne – tylko  odgadnięty,  na  zasadzie  eliminacji  mniej prawdopodobnych   wariantów)   w   Duszpasterstwie Akademickim, prowadzonym  przez  oo.  Jezuitów  w  Toruniu,  odczyt  na temat Powstania  Warszawskiego  wygłosił  red.  Zdzisław  Szpakowski z „Więzi”. Powiedział wtedy rzecz może zaskakującą, ale (jak można po  namyśle  uznać) trafną: że w długim szeregu polskich powstań narodowych należy umieścić także Sierpień – ten z 1980 roku. Że było  to  powstanie,  stanowiące  nową jakość – z jednej strony niezbrojne  i  bezkrwawe, a z drugiej zaś (i właśnie dlatego) – zarazem   odznaczające  się  tak  wielką  masowością  jak  żadne wcześniejsze.  Jednak  na  pewno  wszystkie te powstania musiało łączyć  jedno:  były  poprzedzone  okresem  narastania nastrojów wolnościowych w narodzie polskim.

 

Niniejsze  opracowanie  ma  przedstawić  mały wycinek narastania tych  nastrojów –  tylko  podczas ostatnich dziesięciu miesięcy przed  pamiętnymi porozumieniami sierpniowo-wrześniowymi i tylko w  środowisku  toruńskim.  Można  tu zobaczyć to od dwóch stron: od strony  działaczy  tzw.  opozycji  demokratycznej  i  od  strony policji  politycznej  nękającej  ich.  Poczynania  obu  stron są ilustrowane  dokumentami  przez  nie  sporządzanymi: zawartymi w prasie  ukazującej  się  poza  PRL-owską  cenzurą  (także  dwoma unikatowymi,  do  tej  pory  chyba nigdzie nie opublikowanymi na papierze –  to  właśnie  daty  powstania  tych dwóch dokumentów wyznaczają  ramy czasowe opisywanego tu przebiegu zdarzeń!), a z tej  drugiej  strony –  dokumentami  przez długie lata tajnymi, dopiero   od  niedawna  udostępnianymi  przez  Instytut  Pamięci Narodowej.

 

 

uwagi o niewierności

 

Sowiecka  okupacja,  która  trwała  w  Polsce formalnie aż do 17 września  1993 r. (data znamienna! – od daty drugiej sowieckiej agresji  na  Polskę  różni się tylko kolejnością ostatnich dwóch cyfr),  sprzyjała  negatywnym  zmianom  w  samym społeczeństwie. Rosjanie potocznie nazywają ten proces „ssucziwanije”. Nie każdy kapuś musiał być pozyskany szantażem. Byli w Polsce tacy, którzy w  latach  1944-89  prostytuowali się  z  okupacyjną (sowiecką) władzą      dla korzyści materialnej  (tak  jak  to  jest  w prostytucji seksualnej), o tyle jednak gorzej, że frymarcząc nie swoimi  ciałami,  lecz swoimi duszami. Ciałami czasem również – zresztą:  czyż nie jest cielesną (i duchową zarazem) prostytucją np.  zgoda  na  to,  aby  swoje  własne  ciało (i umysł) uczynić perfekcyjną,  profesjonalną  maszyną  do  zabijania  bliźnich na każdy    rozkaz   totalitarnego   i   niesuwerennego   państwa?! Ludzie, którzy taką zgodę wyrażali, frymarczyli  swoimi  duszami,  podejmując się „etatowej” służby w zbrojnych   formacjach   aparatu  przemocy,  albo –  potajemnej współpracy   z  nimi,  także –  zatrudniając  się  jawnie  jako propagandziści  albo  skrycie  jako  cenzorzy... – zresztą form kolaboracji  było  sporo,  nie o to chodzi, żeby je tu wyliczać. Zwróćmy  przy tym uwagę na znamienną różnicę między inteligencją a  „prostym  ludem”. Inteligenci mają jakąś samorzutną skłonność do  wymyślania sobie samousprawiedliwień dla swojego stosunku do opresywnej  władzy  (rodzimej albo okupacyjnej – mniejsza o to, której): „muszę, bo nie mogę inaczej” – w różnych wariantach, ale wyrażanych zazwyczaj bardzo „książkowym” językiem.

 

Wśród  osób przesłuchanych w dniu 18 kwietnia 1979 r. przez SB w Toruniu   pod  pretekstem  ustalenia  ich  alibi   w  związku  z wysadzeniem  fragmentu  pomnika  Lenina w Nowej Hucie znajdowała się   Lidia  Oniszczuk,  ur.  21  października  1955  r.,  córka działacza partyjnego w Olsztynie (oprócz niej przesłuchano wtedy przynajmniej  następujące  inne  osoby:  Mirosławę  Sędzikowską, Klemensa Baranowskiego, Stanisława Śmigla i Wiesława Cichonia – zob.:  „Komunikat  KSS  »KOR«”, nr 29 z 30 kwietnia 1979 r., str. 7), a wtedy – studentka UMK w Toruniu. Dziewczyna miała żal do Śmigla  o  to,  że  przekazał  jej nazwisko do Warszawy, wskutek czego  znalazło  się  w  KOR-owskim  komunikacie i w ślad za tym zapewne  także  zostało  odczytane  przez  Radio  Wolna  Europa. Prawdopodobnie  obawiała  się  reakcji  swojego  ojca,  stąd jej emocjonalna   reakcja.  Niemniej  jednak  mimo  posiadania  ojca partyjniaka  (a  może wcale nie: „pomimo”?) była świadoma, że SB to jedno z przedłużeń władzy sowieckiej nad Polską – przy innej późniejszej  okazji  esbeckie przeszukanie zakończone odebraniem „bibuły” porównała – podobnie emocjonalnie – do (niedobrowolnego)  eksportu  do  ZSRS  i  żartobliwie uznała, że powinna   domagać   się  odszkodowania  w  jakiejś  zagranicznej walucie.

 

Jednak  nie  potrzeba  było  posiadać  ani  statusu  inteligenta (chociażby  początkującego    jak w wypadku osoby studiującej) ani  rodziców zaliczających się, według ówczesnych kryteriów, do „elity”, by prawidłowo odbierać relację podległości Polski wobec wschodniego   sąsiada.  Czyli:  rozumieć  udział  w  PRL-owskim systemie  władzy jako kolaborację z obcym mocarstwem. Mianowicie prosty  lud,  i  to  nawet  (zwłaszcza?)  w  ustami  pospolitych przestępców  (a przynajmniej za takich uznanych przez PRL-owskie sądy)  wyrażali  stosunek  do  donosicieli krótko, dosadnie, ale wymownie: jednym tzw. brzydkim słowem, zaczynającym się od litery „k”. I tam nie chodziło o kapusiów SB i nie o jakieś wzniosłe motywacje (że np. donosząc do bezpieki jesteś zdrajcą ojczyzny), ale o kapusiów MO,  jej  kryminalnego  pionu:  ktoś,  kto  kradnie, gwałci albo zabija  tak  jak  ja, ale oprócz tego donosi do milicji na mnie, ten  jest  „k****”  i basta. Na każdym więziennym spacerniaku (w czasie  PRL  i  zapewne potem również) można było usłyszeć takie okrzyki   pod   adresem   donosicieli.   Prostemu     a  nawet prymitywnemu      człowiekowi  łatwiej  przychodziło  dostrzec analogię  między konfidentem a prostytutką – i uogólnić pojęcie prostytucji  z  jego  pierwotnego znaczenia w kierunku duchowego zaprzedawania  siebie! (Zresztą niejednokrotnie prostytucja seksualna prowadziła do polityczno-policyjnej – niedawno przypomniano, jak to prostytutki bywały wykorzystywane do „monitorowania nastrojów społecznych”; zob.: Tomasz Zając, „Córy bezpieki”, „Newsweek. Polska”, nr 22 z 5 czerwca 2005 r., str. 30.)

 

Przy okazji: słuszne rozumowanie, przestrzegające przed łatwym potępianiem prostytutek przy przemilczaniu współwiny  ich klientów oraz ich stręczycieli, odnosi się na mocy tej analogii także do donosicielstwa: nie sposób – bez popadania w etyczną sprzeczność – surowo oceniać konfidentów SB, a zarazem wyrozumiale odnosić się do funkcjonariuszy tejże SB, pełniących rolę analogiczną do stręczycieli, oraz do władz PZPR, będących niejako „klientami” w tej analogicznej relacji! Dzisiaj piętnowanie donosicieli odbywa się niejednokrotnie w kontekście sugerującym, jakoby to oni byli najbardziej godnymi pogardy (albo politowania).

 

 Ale  intelektualiści  (zwykle dopiero po latach,   po   jakimś   szoku   takim  jak  np. tzw. „tajny  referat Chruszczowa” z kwietnia 1956 r.)  wymyślają  sobie  zawiłe  konstrukcje i specjalne słowa,  mające  ukryć to, co zdążyli poprzeć – jakieś: „ukąszenie Heglowskie”   zamiast:      „otumanienia »wredną   ideologią«”   (= określenie prof. Zbigniewa Brzezińskiego wygłoszone w Polsce w sierpniu 2005 r.),  podobnie  jak:  „redustrybucja  dochodu narodowego”  zamiast:  „kradzież  (za  pośrednictwem  państwa)”, albo: „aborcja” zamiast: „zabicie dziecka nienarodzonego”, i tak dalej. A przecież mieli do dyspozycji (gdyby tylko zechcieli tam zajrzeć!)  Stary Testament, gdzie zasadnicza niewierność, jakiej Naród Wybrany  dopuszczał  się, naruszając pierwsze przykazanie Dekalogu,  bywała  przez  proroków  piętnowana  właśnie jako coś analogicznego do „nierządu”. Jak widać, uznanie zdrady za zdradę to kwestia nie rozumu, lecz woli...

 

W  latach  Gomułki i Gierka także w Polsce wśród inteligencji (a zwłaszcza  wśród  inteligencji humanistycznej) „modny” był Erich Fromm, którego cytowali i marksistowscy utytułowani bajarze, i także... katoliccy księża na kazaniach. Nie sposób było dostrzec u tego niewierzącego psychologa odniesień do Biblii, komu jednak przyszło do głowy samodzielnie ją kartkować i znaleźć przestrogi np. przed omnipotencją i fiskalizmem państwa? Niektórzy z tych, którzy lenili się czytać Biblię – a także ich dzieci – do dzisiaj przyjmują postawę, jak gdyby chcieli powiedzieć: nie wiedzieliśmy, że można inaczej myśleć... Za to wśród „prostych ludzi”   (z   podstawowym   tylko   wykształceniem,  przez całe  życie pracujących fizycznie) bywają tacy, którzy Biblię (nawet całą) z własnej  chęci  przeczytali.  Nie wszyscy zauważyli tam to samo, ale to już insza inszość.

 

Tak:  praca w tajnych służbach (MSW albo MON) PRL i współpraca z nimi   również   były   kolaboracją   z sowieckim okupantem i szpiegostwem na rzecz Sowietów, tj. na rzecz nieprzyjaciela, który  nie wyzwolił,  ale podbił nasz kraj, a następnie przez dziesiątki lat go okupował. Jeśli ktoś tę swoją służbę tłumaczył swoim  patriotyzmem,  to  (w  najlepszym  razie!)  oszukiwał sam siebie. Oficer SB średniego szczebla w komendzie wojewódzkiej MO miał  obowiązek  posyłać do  MSW  meldunki  nawet  o  tym,  że np. Iksińskiego  zatrzymano w drodze z dworca do domu i znaleziono u niego  w  torbie  ulotki. Skoro zużywano tyle papieru (zwykle ta sama  wiadomość, w niemal identycznym brzmieniu, była posyłana 2 a  nawet  3  razy,  i  to szyfrem!) dla takich błahostek, to jak szerokie  były  kryteria  ważności  w selekcjonowaniu informacji wysyłanych przez MSW w PRL do KGB w ZSRS? „Jaskrawym przykładem świadczącym o spełnianiu podrzędnej roli tajnych służb PRL w stosunku do służb sowieckich  także  po  1956  roku  jest  tzw.  Połączony  System Ewidencji   Danych  o  Przeciwniku  (PSED)  [...]  Sygnatariusze porozumienia  PSED  zobligowani  byli do przekazywania danych do centrali  w  Moskwie raz na dwa tygodnie. [...] Informacje [...] przekazywane  do  Moskwy, charakteryzowały się wysokim stopniem szczegółowości. Oprócz  danych  personalnych  zawierały  także charakterystyki   psychologiczne,   opis   stanu  majątkowego  i szczegółowe informacje o rodzinie. System działał od 1978 roku.” (Michał   Grocki,   „Konfidenci      wśród  nas...”,  Éditions Spotkania, Warszawa, 1993 r., 98). Opisywane tu zdarzenia działy się  po 1978 roku, więc zapewne niejednen szyfrogram nie kończył swej  drogi  w  Warszawie, ale dopiero (po ew. przefiltrowaniu i syntetyzowaniu)   w  Moskwie.  SB  i  WSW  nie  były  formacjami „patriotycznymi”,  w  których praca była czymś jakościowo różnym  od przekazywania wiadomości bezpośrednio do KGB albo do GRU, bowiem to na jedno wychodziło.

 

U znacznej części społeczeństwa stan zamieszania trwa od lat PRL aż  do  teraz. Znakomitym wskaźnikiem jest tutaj stosunek do płk. Kuklińskiego,  tzn. do jego szpiegostwa na rzecz USA. Ci, którzy uznają  go  z  tego  powodu  za  „zdrajcę”, za „patriotów” muszą uznawać wszystkich tych generałów, którzy lojalnie współtworzyli aparat    przemocy    tzw.   Polski   Ludowej:   Rokossowskiego, Świerczewskiego,    Berlinga,    „Rolę”-Żymierskiego,   Moczara, Jaruzelskiego  i  Kiszczaka.  Ci  zaś,  dla  których  czyn  płk. Kuklińskiego  był  patriotyczny (wspomaganie jedynego mocarstwa, które  było  zdolne  szachować okupanta naszego kraju), muszą – siłą   faktu – uznawać  za  zdrajców te właśnie  osoby – Rokossowskiego, Kiszczaka, Jaruzelskiego, Berlinga, „Rolę”-Żymierskiego, Moczara i Świerczewskiego. Niekoniecznie   uświadamiają   sobie   (jedni   i   drudzy)   te konsekwencje,  ale  wóz albo przewóz”tertium non datur. Był tego  świadomy gen. Mieczysław Moczar, gdy w sierpniu 1948 roku, wypowiadając  się  na  zamkniętym  spotkaniu  PPR-owskiej kadry, rzekł   otwarcie:  „Związek  Radziecki  jest  nie  tylko  naszym sojusznikiem    to  jest  powiedzenie  dla  narodu.  Dla  nas, partyjniaków,  ZSRR  jest  naszą  Ojczyzną, a granic naszych nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na  Gibraltarze”  (Sławomir  Cenckiewicz  „Jak  wiedza  z teczek bezpieki zmieni historię PRL?”, „Wprost” z 5 czerwca 2005 r.; ta wypowiedź   Mieczysława   Moczara  była  wielokrotnie  wcześniej cytowana,  zwłaszcza  w  prasie  tzw.  drugiego obiegu; nawiasem pisząc:   a   może  te  granice –  dzięki  Haraldowi  Adrianowi Russellowi  Philby'emu,  znanemu  jako  „Kim Philby” – chwilowo były  „na  Gibraltarze”  już  około  feralnego dnia 4 lipca 1943 roku?...).  W  1980  roku  gen.  Moczar  (nadal  żył  wówczas  i pozostawał aktywny!) mógłby te słowa powtórzyć bez jakichkolwiek poprawek. Dla polskich komunistów patriotyzmem był „internacjonalizm”, ich ojczyzną nie była Polska – ich ojczyzną było  Imperium  Sovieticum, bez względu na ich narodowość – czy to  Żydzi:  Józef  Unszlicht  i  Jakub  Berman,  czy  Białorusin (ale uchodzący za czołowego eksponenta polskiego „narodowego komunizmu”!) Mieczysław  Moczar,  czy  Ukrainiec  Adam  Humer (w Polsce niepodległej należał do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy),  czy  wreszcie Polacy z urodzenia:  Feliks  Dzierżyński,  Bolesław  Bierut  albo Władysław Gomułka. Wypowiedzi gen. Wojciecha Jaruzelskiego w Rosji z maja 2005  roku  pokazują, że ta lojalność wobec imperium trwa do tej pory.  (Nawet ziemiańskie pochodzenie nie przeszkadzało Dzierżyńskiemu ani Jaruzelskiemu w tej lojalności!)

 

Otóż  za  lat  PRL  kolaboranci  komuny  udawali – że, skoro to dzieje  się  przy użyciu polskiego języka, białoczerwonej flagi, „Mazurka  Dąbrowskiego”  itp. symboli, to można to poczytywać za formę  polskiego  patriotyzmu (wszak „innej ojczyzny nie było”). Wielu  z  nich  udawało  zarazem, że mocno wierzą w te wszystkie marksistowsko-leninowskie     bzdury     i    w    kłamstwo    o „internacjonaliźmie  proletariackim”,  a także – nieraz również koniecznie w imieniu swoich współmałżonków i dzieci! – że wiara religijna  jest  im zdecydowanie obca, jako przeżytek, zabobon i ciemnota  (narzędzie  Watykanu, służącego imperializmowi Zachodu –  od  Trumana  po  Reagana...)  Część  z  nich  pewnie chętnie wierzyła,  że  skoro  następuje  (ich  osobisty  również) „awans społeczny” – z bezrolnego na małorolnego, ze zbędnego w ojcowej zagrodzie na budującego Trasę WZ albo Nową Hutę, z analfabety na człowieka  „gramotnego”, zaś z partyzanta na stróża porządku, to wszystko  jest...  w  porządku.  Bo  tak wygodniej i przyjemniej wierzyć.

 

Teraz  ci  i  im podobni, młodsi – od „Gawrona” (w telewizyjnym „Polskim  ZOO”  „GAWRON”  =  „Generał  Armii  WRON[1]”),    po najpośledniejszego  ormowca  z  Pipidówki – udają znowu: że nie wiedzieli,  że  nie  rozumieli,  że  nie mogli inaczej („na moje miejsce  przyszedłby  ktoś inny – na pewno gorszy”), że „to nie ja,   ale   ONI”   (jak  usprawiedliwiali  się  rozmówcy  Teresy Torańskiej  w  jej  słynnej książce „Oni”), że nie pamiętają, że zdrowie   im   nie  pozwala  stawać  przed  sądem  (ale  pozwala podróżować  do Egiptu – jak gen. Kiszczak, albo nawet do USA – jak  gen.  Jaruzelski),  że  nie stać ich na wynajęcie adwokatów (pewien esbek w Toruniu – zob.: poniżej w epilogu), że domaganie się  choćby  tylko symbolicznej odpowiedzialności jest przejawem zemsty,   „spisku  IPN  i  dawnej  opozycji”  (ten  sam  esbek), „polowaniem  na  czarownice”  (często  używany  epitet,  także w wykonaniu przynajmniej jednego esbeka, oskarżonego przed sądem), nienawiścią...

 

Ale  dopóki  nikt  ich  nie  ciąga po prokuraturach i sądach, to oczywiście  udają,  że  to  wszystko, co się dzieje, jest OK, że „państwo   prawa”   słusznie  stoi  na  straży  „świętego  prawa własności”.  (Ileż  w  PRL-owskich szkołach i gazetach nakłapano przeciwko Konstytucji Marcowej, że chociaż była dosyć „postępowa”, to  jednak  prawo własności deklarowała jako „święte”!... – tak iść „na pasku kleru”!) A przecież to właśnie dzięki owej „świętości” tzw. spółki nomenklaturowe spokojnie   sobie   prosperują,  kosztem  zwykłych zjadaczy chleba.

 

A  firmy  detektywistyczne  i  ochroniarskie?... Ulubiona branża dawnych  tajniaków to „usługi ochrony mienia” oraz handel bronią i sprzętem specjalnym. Minister   spraw   wewnętrznych  Antoni Macierewicz  meldował premierowi Janowi Olszewskiemu wiosną 1992 roku:  „[...]  niekontrolowany  obieg  tajnych dokumentów byłych cywilnych  i  wojskowych  służb  specjalnych  PRL jest przyczyną wielu    niefortunnych   decyzji   rozmaitych   władz,   źródłem bezkarności wielu afer gospodarczych [...]” (raport I, w: Michał Grocki,   „Konfidenci    wśród  nas...”,  Éditions  Spotkania, Warszawa,  1993  r.,  str. 96-97). Zaś potem: „Nikt nie wie, ile osób jest zatrudnionych w tych spółkach. Na pewno jest to liczba wyższa   niż   stan   etatowy   UOP.   [...]   Wielu  negatywnie zweryfikowanych w 1990 roku funkcjonariuszy b. SB i MO utworzyło firmy   detektywistyczne  i  ochrony  mienia.  Firmy  te  często prowadzą  działalność na pograniczu prawa lub wręcz przestępczą: [...]”  (raport  II,  w:  Michał  Grocki,  „Konfidenci  są wśród nas...”,  Éditions  Spotkania, Warszawa, 1993 r., str. 100-102). WIELOtysięczna armia (tajnych) janczarów ancien régime'u, mająca codziennie  dostęp  do  broni  palnej...  W  początkach  lat 90. atmosfera  publicznej dyskusji była jednak zdominowana przez lęk –  kto psioczy na agenturę, ten jest „oszołomem” i trzeba zajrzeć mu  w  oczy,  ażeby  porównać  je  z  oczami Antoniego Macierewicza i tym sposobem ustalić, czy   psioczący   nie   jest  aby  również  „chory  z nienawiści”,   jak   rzekomo   ów  minister  (i  jego  premier, mec. Jan Ferdynand Olszewski). Ostatnio wyrok  w  sprawie  afery  FOZZ,  a  także – rewelacje z kolejnych  komisji  śledczych,  sprawiają, że to, co przed kilkunastoma laty miało posmak  podejrzanej  sensacji, wędrującej od „oszołomów” do „oszołomów”,  stało  się niestety (niestety – dla Polski!) oczywistością.  Niewykluczone,  że  jakiś  były  bezpieczniak na pokaz prowadzi firmę np. transportową albo komputerową, zaś jego firma  z  branży  „security”  nie rzuca się w oczy – wie o niej ten, kto „ma” wiedzieć.

 

 

uwagi „metodologiczne”

 

Piszący te słowa nie stawiał sobie ambicji naukowych (a tylko – publicystyczne),   bowiem   zresztą   „warsztatu   naukowego” – należytego  przygotowania  do  takich  zamierzeń – nie posiada. „Gorzej”:  zamiast  ślepo  kierować  się  zasadą  „sine  ira  et studio”,  nie  będzie  stronił  od komentarzy, wyrażających jego subiektywne oceny.  Także  bez  wyrzekania  się humoru, ironii, sarkazmu albo fascynacji cudzymi – głównie z „naszej” strony – wypowiedziami.     Tak     więc    obok    licznych    odsyłaczy bibliograficznych  można  będzie  tu  znaleźć emocjonalne wyrazy „kombatanctwa”,  etykietki:  „cacy”  dla ludzi uczciwych, a nawet ponad-przeciętnie   szlachetnych,   oraz  „be”  dla  podleców  i kolaborantów komuny. Całość jest (poniekąd sztucznie) podzielona na  pięć  (nierównej długości) epizodów. Sztuczne jest zwłaszcza przypisanie   im   tytułów,   bowiem  różne  wątki  działalności niezależnej  rozgrywały  się, oczywiście, naprzemiennie, a nie w jakiejś  zaplanowanej kolejności. Niniejszy tekst nie pretenduje również   do  tego,  aby  być  wyczerpującym  opisem  zdarzeń  z ostatnich  10  miesięcy  przedsierpniowej  opozycji w Toruniu (i okolicach:  Wąbrzeźno,  Chełmża),  zresztą  to  nie  byłoby  ani celowe, ani nawet wykonalne.

 

Niemniej   jednak      dla  porządku –  zostały  tu  przyjęte następujące  reguły:  cytaty  z dokumentów są podawane kursywą i wszelkie  wtrącenia  wewnątrz  nich    umieszczane w nawiasach prostokątnych  (drukiem  prostym, a nie pochylonym). W nawiasach prostokątnych  widnieją także słowa zapisane kursywą, ale takie, których  nie udało się jednoznacznie odczytać w dokumentach (lub które  zostały  tam  omyłkowo  opuszczone), ale które „na zdrowy rozum”  powinny  mieć  takie właśnie brzmienie i w danym miejscu się  znajdować.  Wykrzyknik  w nawiasie prostokątnym oznacza, że słowo lub wyrażenie bezpośrednio przed nim zostało przytoczone w błędnej pisowni, błędnym brzmieniu albo błędnym znaczeniu w ślad za w oryginałem. Zapytajnik w nawiasie prostokątnym oznacza z kolei, że bezpośrednio przed nim znajdujące  się  słowo  albo wyrażenie zostało odczytane, ale to odczytanie wydaje się wątpliwe. Fragmenty całkowicie nieczytelne zostały zapisane jako ciągi asterysków („gwiazdek”).

 

Małego  wyjaśnienia  wymaga  pierwsza część tytułu całości: owym „trojgiem”  są tajni współpracownicy Służy Bezpieczeństwa (jedna kobieta  i  dwaj  mężczyźni).  Ich rola w monitorowaniu poczynań opozycji  zostaje  tu zilustrowana (oczywiście wyrywkowo). Czyni to trochę mniej dziwnym, dlaczego tak mało owym działaczom udało się  zdziałać. A trzeba mieć świadomość, że nawet tak stosunkowo skromne  środowisko  opozycyjne  jak  to  toruńskie  było  przed Sierpniem   „monitorowane”   nie tylko przez owych troje konfidentów.

 

Jeden z omawianych tu donosicieli został monograficznie (nie zaś wyrywkowo –  jak  tutaj)  przedstawiony  w  znakomitej  książce profesora  historyka  z  UMK  (zob.: Wojciech  Polak  „Anatomia agenta. Historia tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie  »Karol« (1978-1983)”, Finna, Gdańsk 2005). Autorowi niniejszego  tekstu niektóre dokumenty esbeckie są znane tylko z tej  książki –  w  tych  wypadkach  nie są tu cytowane, a tylko powołane  za pomocą stosownych odsyłaczy, co wynika z założenia, że  zasięg  tej książki jest i pozostanie większy. Pewne inne są cytowane,  jednak  nie  w  ślad  za  tą książką, ale jako skutek własnej  autorskiej kwerendy. Wszelkie (z wyjątkiem ew. pomyłek) rozbieżności  miedzy  ich  brzmieniami  (tutaj i w książce prof. Polaka)  są nieprzypadkowe – dotyczy to także numeracji stronic albo  kart  w  teczkach  zarchiwizowanych  w  Instytucie Pamięci Narodowej.

 

 

dwaj prokuratorzy-imiennicy

 

Późną  jesienią 1980 r. znaczny oddźwięk (włącznie z możliwością poważnego  strajku  o  podłożu politycznym, którym groziła wtedy „Solidarność”)    wywołało   aresztowanie   dwóch   warszawskich działaczy  „Solidarności” – Jana Narożniaka i Piotra Sapełły – za  to,  że  przyczynili  się  do  ujawnienia tajnego dotychczas dokumentu,   którego   treść   zbulwersowała  opinię  publiczną; dokument   ten   bowiem  odsłaniał  metody  nadużywania  aparatu ścigania  do  zwalczania  opozycji politycznej. Stanowił niby to tylko sprawozdanie z ich stosowania, ale ponieważ był odgórny, a nie  oddolny,  a  przy  tym nie zawierał bynajmniej krytyki tych metod  z  punktu  widzenia  ówczesnego PRL-owskiego prawa, można było  rozumieć  go  jako  aprobatę  tych  metod, polegajacych na czysto   instrumentalnym  traktowaniu  przepisów  prawa  karnego procesowego.  W  dokumencie  można  było  m.in.  przeczytać,  co następuje:  „Udział  organów prokuratury w tym działaniu polegał na   [...]  zatwierdzaniu  przeszukań  i  zatrzymań  przedmiotów odebranych   w   toku   przeszukań   oraz   [...]   wydawaniu  w sporadycznych  wypadkach postanowień o zarządzeniu przeszukania. [...]   Przeszukania      właśnie   jedną   z   głównych  form przeciwdziałania oddziaływaniu elementów antysocjalistycznych na społeczeństwo  przy  pomocy  tworzenia  i  kolportażu materiałów propagandowych. Dokonywane są przez funkcjonariuszy jednostek SB i  MO  z  reguły  w  oparciu  o  nakazy jednostek SB i MO. [...] Znaczna  ilość  zatrzymanych  w  wyniku  przeszukań przedmiotów: maszyn  do pisania, powielaczy, papieru a zwłaszcza nielegalnych publikacji   stwarza  w  niektórych  sprawach  trudności  z  ich przechowywaniem. W związku z tym podjęto – na zasadzie art. 201 § 1 k.p.k. – decyzje o przekazaniu tych publikacji do zbiornicy makulatury.” (z załącznika pt.: „Uwagi dotyczące dotychczasowych zasad  ścigania nielegalnej działalności antysocjalistycznej” do pisma  Nr  0581/80  z dnia 30 października 1980 r., skierowanego przez   prokuratora  generalnego  PRL  Lucjana  Czubińskiego  do prokuratorów wojewódzkich).

 

Inny,  o  kilka  miesięcy  zaledwie  wcześniejszy  dokument,  na szczęście  (na  szczęście –  dla  ludowej praworządności, rzecz jasna)  był  znacznie  bardziej  pouczający –  nie tylko zdawał sprawę z „dotychczasowych” metod, ale wskazywał, jak powinno się postępować.  Wszak już wielki Marks ogłosił, że nie o to chodzi, aby  świat objaśniać, ale o to, aby go zmieniać! Toteż w połowie kwietnia  1980  r.  Komendę  Wojewódzką  MO  w Toruniu wizytował starszy  inspektor  z  Biura Śledczego MSW. Plonem tej wizytacji była  notatka  z  dnia  16  kwietnia  1980  roku, w której można przeczytać,  co  następuje: „W Wydziale Śledczym KW MO w Toruniu zapoznałem  się  z  aktami śledztwa nr Ds.394/80 (nr RSD-1/80) w sprawie  drukowania i rozpowszechniania wydawnictw zawierających fałszywe  wiadomości  mogące  wyrządzić poważną szkodę interesom PRL  (art.  273  §  1 w zw. z art. 271 § 1 kk). Śledztwo zostało wszczęte  21.III.1980 r. przez Prokuraturę Rejonową w Toruniu na podstawie   wniosku   KW   MO.   Odpowiedzialnym  za  prawidłowe dokumentowanie  działalności  przestępczej  w  tej  sprawie jest inspektor,  ppor.  Daniel Janczewski, tel. wew. 411.” (sygn. IPN By  082/143,  t.  9,  k.  1102.)  Nie  jest jednak łatwo dźwigać brzemię   takiej   odpowiedzialności,  jaka  spadła  na  młodego podporucznika  Janczewskiego  (ur. 11 października 1953 r.). Oto bowiem:   „W  aktach  śledztwa  brak  jest  protokołów  oględzin przedmiotów      zakwestionowanych      podczas      przeszukań. Zakwestionowanych  przedmiotów,  w tym także maszyny do pisania, dotychczas  nie  przekazano  do badań kryminalistycznych. Pism i druków  nie przekazywano również do oceny Delegaturze[2] GUKPPiW. Nie wszystkie osoby zatrzymane  i  osoby,  u  których dokonano przeszukań[,] zostały przesłuchane w charakterze świadków. W okresie od 22 marca do 12 kwietnia   1980  r.  przesłuchano  łącznie  7  świadków.  Zeznań mających  istotne  znaczenie dowodowe w sprawach o zorganizowaną działalność antysocjalistyczną – brak.” (tamże, k. 1104) Biedny młody  oficer  napracował się 12 listopada 1979 r., sporządzając obszerny  protokół  oględzin  (cytowany  tu poniżej, na początku epizodu  I),  potem przynajmniej jeszcze raz (nawet bardziej: 31 stycznia  1980  r.,  nad  efektami przeszukania aż trzech osób – zob.:  sygn.  IPN  By  082/143,  t.  1, k. 26-29), jednak później widocznie  jego  zapał  okazał  się  słomiany... Rzetelny esbek, umiejący   nie  tylko  inkasować  wynagrodzenie  za  pracę,  ale rozumiejący, co znaczy (w jego wypadku) patriotyzm wobec Ludowej Ojczyzny,  powinien  mieć na oku szerszy sens swojej zaszczytnej służby.  Umarzanie śledztwa może funkcjonariusza... morzyć snem, podczas  gdy  rewolucyjna czujność jest niezbędna o każdej porze dnia  i  nocy: „W toku realizacji dalszych czynności w powyższej sprawie uwzględnić m. in.: 1. Śledztwo nr Ds.394/80 jako »worek« i w ramach tego śledztwa należy dokumentować wszelką działalność antysocjalistyczną, aby zgromadzony materiał dowodowy można było wykorzystać   w  każdym  okresie  czasu  i  w  różny  sposób,  w zależności  od  decyzji.  Śledztwa tego nie należy umarzać, a po upływie  np. jednego roku, można rozważyć celowość zmiany numeru sprawy – Ds. [...] 3. Powinny być stosowane teksty uzasadnienia postanowień,   jakie   otrzymują   osoby,   u  których  dokonano przeszukań  i  tak: –  uzasadnienie postanowienia o zarządzeniu przeszukania: Z uzyskanych w toku śledztwa materiałów wynika, że u  wyżej wymienionego mogą znajdować się przedmioty, dokumenty i opracowania  stanowiące  dowody  przestępstwa  i z tych względów postanowiono  jak  na  wstępie; –  uzasadnienie postanowienia o zatwierdzeniu  przeszukania:  Czynność prawna będąca przedmiotem niniejszego   zatwierdzenia   jest  uzasadniona  okolicznościami mającymi  na  celu  ustalanie  przesłanek  wskazujących  na fakt zaistnienia przestępstwa i koniecznością zabezpieczenia dowodów. Przytaczanie  w  tych  uzasadnieniach  zbyt  dużo  [!] danych ze śledztwa może być wykorzystane przez grupy antysocjalistyczne do szkalowania organów ścigania i porządku prawnego PRL. [...] 5. W miarę istniejących możliwości należy uzupełnić brakujące notatki urzędowe   uzasadniające   dokonane   już  przeszukania.  Zasady sporządzania notatek urzędowych omówiłem z naczelnikiem Wydziału Śledczego, ppłk. E. Gawrońskim.” (sygn. IPN By 082/143, t. 9, k. 1104  i  1105)  Jak  widać,  nie  tylko  w  toruńskich  organach ścigania,  ale  również  w  Warszawie  (a prawdopodobnie w całej Polsce) funkcjonariusze nagminnie używali słowa „zakwestionować” w sposób, świadczący o tym, że go nie rozumieją... Czymże jednak jest    niechlujstwo   językowe w porównaniu z  wymaganym „antydatowaniem”  notatek  urzędowych czyli – z czymś w rodzaju fałszerstwa?...

 

Sierpień  1980  r.,  a  potem  Grudzień  1981  r.  zapewne mocno odcisnęły  się  na  „zwyczajach”  organów  ścigania  PRL (bowiem przybyło  im  zajęć),  jednakże sprawa „worek” przetrwała oba te przełomy –  świadczy o tym odręczny dopisek naczelnika Wydziału Śledczego  KWMO  w  Toruniu, płk. Gawrońskiego, uczyniony dnia 14 maja  1982  r.  na  piśmie  komendanta  Ośrodka  Odosobnienia  w Strzebielinku  do komendanta wojewódzkiego MO w Toruniu – por.: sygn. IPN By 082/1, t. 13, k. 2500).

 

Ale,  ale... przecież przybysz ze stolicy wizytował KW MO, a nie Prokuraturę Rejonową! Jak on śmiał wkraczać w kompetencje organu powołanego  do  sprawowania  nadzoru  nad  postępowaniami prowadzonymi  przez  policję? Czyżby jednak wychodziło na to, że rację   mieli   wrogowie   Polski  Ludowej,  oskarżający  organa prokuratury  o  to,  że  jest  (a  przynajmniej –  że niektórzy prokuratorzy   są)   na   usługach   bezpieki?  Że  dyspozycyjny prokurator:  zatwierdzi  każdą  (nawet  jaskrawo łamiącą prawo i nieraz przy tym zdrowy rozsądek) czynność policjanta? Że uzna za zasadne  nieoddanie legalnie wydanej w PRL książki, że przymknie oko  na  niewydanie  pokwitowania  po  przeszukaniu, że uzasadni zatwierdzenie   rewizji  dokonanej  lub  nakaz  mającej  dopiero nastąpić  za  pomocą  takiej  formułki, która do wszystkiego się nadaje  i  można  byłoby  ją od razu drukować wraz z formularzem protokołu  przeszukania?  Najwidoczniej  jednak –  tak!  Antoni Czubiński    tak  się nie odsłonił, chociaż jego „Uwagi [...]” również  były pomyślane jako dokument niejawny. Nic dziwnego, że po  latach  napisano  o jego imienniku i koledze po fachu, tj. o Antonim   Białowiczu:   „Sposób   prowadzenia   śledztwa  w  tej instytucji,  osobliwie  przez prokuratora[3] Białowicza, stwarzał i stwarza  wrażenie,  że  nie  pracował on samodzielnie” (zob.: Zbigniew Branach, „Toruńska OAS (5) Prokurator grozi porwanym”, „Nowości. Dziennik toruński” z 30 sierpnia 1991 r., str. 7).

 

Jeden z elementów tego pouczenia z kwietnia 1980 r. brzmi jednak na  tyle  WIELOznacznie,  że  nie  nadaje  się  do potraktowania żartobliwą ironią: „Zeznań mających istotne znaczenie dowodowe w sprawach   o  zorganizowaną  działalność  antysocjalistyczną  – brak.” Wszak „powinny” być! Co jednak zrobić, gdy przesłuchiwany korzysta  z  prawa do odmowy zeznań albo do odmowy odpowiedzi na poszczególne  pytania?  Niby  wiadomo,  jak  na to odpowie sobie policjant,  zwłaszcza  zaś funkcjonariusz policji politycznej... Trzeba  znaleźć  sposób  taki, aby przesłuchiwany powiedział to, czego przesłuchujący chce się dowiedzieć. Jak wiadomo, SB umiała osiągać  ten  cel,  kiedy bardzo jej na tym zależało. Zwłaszcza, gdy czas naglił. Taki przykład zostanie tu również przedstawiony – w epizodzie IV.

 

 

przeczucie poety i przeczucie prozaika

 

Widząc tak wielki nakład wysiłku bezpieki – która w zasadzie powinna mieć poważniejsze zadania! – w tępienie wolnego słowa, nie sposób nie pomyśleć w tym miejscu o słynnej fraszce Cypriana Kamila Norwida:

 

                    Siła ich

 

               Ogromne wojska, bitne generały,

               Policje – tajne, widne i dwu-płciowe –

               Przeciwko komuż tak się pojednały?

               – Przeciwko kilku myślom... co nienowe.